|
108 polskich męczenników z czasów II wojny światowej Cz. XII Obraz ze str. https://brewiarz.pl/czytelnia/swieci/06-12a.php3 (dostęp 08. 09. 2025 r.) Ostatnim błogosławionym męczennikiem z diecezji warszawskiej jest ks. Michał Woźniak (1875-1942), który urodził się 28 sierpnia 1875 roku, w Suchym Lesie, w parafii pw. Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Pęcicach pod Warszawą. Rodzicami jego byli Jan i Marianna z domu Laskus. Michał bardzo wcześnie zaczął myśleć o kapłaństwie. W wieku 13 lat zapisał się w swojej parafii do Kółka Różańcowego. Po ukończeniu nauki początkowej w szkole ludowej w Pęcicach, w latach 1898-1900 kontynuował edukację we Włoszech w Kolegium Salezjańskim w Lombriasco koło Turynu. Ze względu na problemy zdrowotne powrócił do Polski i w 1902 r. zdał eksternistycznie maturę w gimnazjum w Pułtusku. Następnie, mając już 27 lat, wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego w Warszawie. Święcenia kapłańskie przyjął 29 września 1906 r. w kościele pw. Świętego Krzyża w Warszawie z rąk abpa Wincentego Teofila Popiela - Chościaka (1825-1912). Swoją Mszę prymicyjną odprawił w kościele parafialnym w Pęcicach. W czasie studiów zmarł jego ojciec, a matka, nie radząc sobie z gospodarstwem, przekazała jego prawa własności synowi. Po święceniach ks. Michał oddał gospodarstwo krewnym, gdyż zamierzał poświęcić się wyłącznie pracy duszpasterskiej. Posługę kapłańską rozpoczął jako wikariusz w parafiach: przy kościele pw. Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Mińsku Mazowieckim, następnie w 1908 r. przy kościele pw. Podwyższenia Świętego Krzyża w Łodzi, później w jednej z parafii w Tomaszowie Mazowieckim oraz w 1909 r. przy kościele pw. św. Antoniego Padewskiego w Warszawie. Na wszystkich kolejnych placówkach duszpasterskich, na których posługiwał, towarzyszyła mu matka, której zapewniał utrzymanie i opiekę aż do jej śmierci. W 1910 r., w trzecim roku kapłaństwa, powierzono mu administrację niewielkiej parafii w Wiśniewie koło Mińska Mazowieckiego. Tam przekonał około stu osób do odrzucenia mariawityzmu i powrotu do Kościoła katolickiego. Dnia 11 lutego 1911 r. został przeniesiony do parafii Chojnata koło Mszczonowa. Jako proboszcz dał się poznać jako kapłan głębokiej modlitwy i oddany duszpasterz, pełen życzliwości wobec wszystkich. Parafianie zapamiętali go jako szczególnego opiekuna dzieci i młodzieży oraz pasterza bliskiego ludziom. W 1921 r., zgodnie z decyzją przełożonych, objął obowiązki proboszcza w parafii Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Kamionnej niedaleko Wyszkowa. Został również mianowany dziekanem dekanatu jadowskiego. W marcu 1922 r. został odznaczony godnością honorowego szambelana Jego Świątobliwości, jednak - jak się wydaje - nigdy nie korzystał z przysługujących mu szat prałackich. Jeden z mieszkańców Kamionnej tak wspominał swojego ówczesnego proboszcza: „»Ks. Michała Woźniaka pamiętam z lat dziecinnych, przygotowywał mnie do pierwszej spowiedzi i Komunii św. Osoba księdza była dla nas urzekająca, jako dzieci garnęliśmy się do księdza... Bardzo często widziałem księdza Proboszcza z różańcem... Wiem, że ludzie chętnie szli do Sakramentu Pokuty, bowiem mówili, że jest bardzo wyrozumiały i delikatny w konfesjonale...«. Ks. Michał Woźniak odremontował w Kamionnej kościół i plebanię. Żył skromnie, nie wymagał od ludzi pomocy materialnej, nie wyznaczał żadnych ofiar za posługi religijne. Dzielił się z innymi tym, co miał. Szerzył modlitwę różańcową i często siedział w konfesjonale". Ta autentyczna gorliwość kapłańska została dostrzeżona przez przełożonych i stała się powodem kolejnego przeniesienia w 1925 r., tym razem do parafii św. Wawrzyńca w Kutnie, liczącej około 13 000 wiernych. Do pomocy w pracy duszpasterskiej miał dwóch wikariuszy oraz dwóch nauczycieli religii - prefektów. Oprócz funkcji proboszcza pełnił również urząd dziekana kutnowskiego oraz egzaminatora synodalnego diecezji warszawskiej. Jako dziekan umiejętnie łagodził napięcia i nieporozumienia między kapłanami dekanatu, przyjmując ich u siebie z wielką życzliwością i otwartością. Z dużym oddaniem pracował również z trudną młodzieżą kutnowską. Był gorliwym czcicielem Najświętszego Serca Jezusowego oraz św. Jana Bosko (1815-1888). W swoim duszpasterstwie nie tylko propagował ideały salezjańskie, lecz także sprowadził salezjanów do Kutna, widząc w ich charyzmacie skuteczną odpowiedź na potrzeby wychowawcze młodego pokolenia. Gdy otrzymał w darowiźnie pałac w Gnojnie pod Kutnem wraz z pięcioma hektarami ziemi, przekazał tę nieruchomość salezjanom. Ci z wielkim zaangażowaniem podjęli się pracy wychowawczej i edukacyjnej wśród młodzieży. W dowód wdzięczności za sprowadzenie ich do Kutna zmienili nazwę miejscowości Gnojno na Woźniaków. Był także aktywnym publicystą - publikował artykuły w czasopismach katolickich oraz spisał wspomnienia z okresu pracy duszpasterskiej w parafii Chojnata. Ks. Michał Woźniak „nie był wielbicielem władzy sanacyjnej, nie był też zwolennikiem polityki i osoby Józefa Piłsudskiego (1867 - 1935). Wręcz przeciwnie - podziwiał Romana Dmowskiego (1864 - 1939): »W pogrzebie jego nikt nie wziął z rządu udziału. Za to było prawie całe społeczeństwo i w dostojnej ciszy pochowano Dmowskiego na Bródnie. Jestem przekonany, że grób ten kryje Wielkiego Polaka i historia w przyszłości odda mu należną sprawiedliwość« - pisał w 1939 r., po śmierci twórcy Stronnictwa Narodowego...". Ks. Michał Woźniak umiał przepięknie głosić kazania, zwłaszcza te wygłaszane podczas niedzielnej sumy. Gdy wybuchła wojna, nic nie zmieniło się w jego codziennych obowiązkach duszpasterskich, w których gorliwie wspomagał go bł. ks. Michał Oziębłowski (1900-1942), którego życie zostało omówione wcześniej. Do dotychczasowej posługi doszły jednak nowe, dramatyczne zadania: opieka nad rannymi i chorymi oraz grzebanie ofiar niemieckich nalotów. W swoich notatkach ks. Woźniak opisał m.in. wezwanie do rannych robotników budowlanych, zaatakowanych podczas pracy przez niemieckie samoloty. Podobnie było z pasażerami pociągu, na który Niemcy zrzucili bomby, a następnie ostrzelali go z karabinu maszynowego. Kapłan uznał to za „zwykły napad zbójecki, bo wśród rannych nie było żołnierzy". Tak opisał swoje ówczesne wrażenia: „Widok był okropny. Ciała porozrywane odłamkami bomb, stanowiły u niektórych osób jedną miazgę bezkształtnej masy. Udzielaliśmy rozgrzeszenia ciężko rannym i namaszczaliśmy na czole, jeśli to było można. Mniej rannych zostawialiśmy na później. Nie mogliśmy nadążyć, bo nowych przywożono. Ranni umierali, a nie było komu wynieść ich do kostnicy. Kilkadziesiąt osób tego dnia było ofiarami. Nazajutrz było już mniej. Ale w niedzielę, 3 września, z górą 500 osób zmasakrowano. W tę masę ludzi samolot rzucił kilka bomb. Zabitych było od razu przeszło dwieście osób - resztę strasznie pokaleczonych, którzy też zaraz poumierali. Tylko we dwóch z ks. Oziębłowskim udzielaliśmy ostatnich sakramentów. Oczywiście już nie w szpitalu tylko, ale gdzie się dało. Na wozach, na skwerku przed szpitalem. Sutanna powalała się krwią ludzką, bo trzeba było wśród rannych przyklękać, aby ich opatrzeć...". Ks. Michał Woźniak, podobnie jak jego wikariusz, otrzymał ostrzeżenie o zbliżającym się aresztowaniu i mógł uciec z parafii. Uznał jednak, że byłoby to tchórzostwem - nie wyobrażał sobie, by jako gorliwy pasterz mógł opuścić powierzony mu lud. W październiku 1941 r. obu kapłanów aresztowało niemieckie gestapo. Początkowo przebywali w obozie przejściowym w Lądzie nad Wartą, gdzie ponownie otrzymali propozycję ucieczki. I tym razem obaj postanowili nie narażać innych i pozostać razem z uwięzionymi współbraćmi. Po kilku dniach przewieziono ich do KL Dachau. Ks. Michał otrzymał numer obozowy 28203. Obu umieszczono w baraku 28/2. Byli obrzucani obelgami i szykanowani, jak inni duchowni. Sześćdziesięciosześcioletniego ks. Michała skierowano do wyjątkowo ciężkich prac. Znosił to jednak z wielką cierpliwością; w listach do rodziny podkreślał pogodzenie z wolą Bożą i brak troski o własny los. W maju 1942 r. jego siły zaczęły słabnąć - to prowokowało oprawców do coraz brutalniejszych zachowań. Po ciężkich torturach i nieludzkim traktowaniu, 16 maja 1942 r. ks. Michał Woźniak zmarł w obozie w Dachau. Współwięzień obozowy, ks. Tadeusz Rulski (1903-1973) opisał jego ostatnie chwile: „W sąsiednim bloku numer trzy też rewir - w tym samym czasie przebywał ks. Michał Woźniak. Przypadkowo się o nim dowiedziałem od jakiegoś świeckiego więźnia. Opowiadał mi on, że blokowy sąsiad niesamowicie znęcał się nad jakimś starszym kapłanem, który pochodzi z jakiegoś Kutna... Wkrótce po kilku dniach takich męczeńskich tortur - ksiądz prałat zmarł... Był to kapłan Boży, mąż prawy, bojący się nieprawości i chodzący drogami prostymi. Myślę, że była to piękna męczeńska śmierć, na którą sobie zasłuży! pobożnym i świątobliwym życiem ks. dziekan Michał Woźniak. Przygotowywał się do niej przez długie, długie lata, a szczególnie przez lata wojny. Wszystkie swoje oszczędności i co posiadał, przekazał duchowym synom św. Jana Bosko, którego był wielkim czcicielem i miłośnikiem. Uczynił to jako wyraz hołdu i czci złożony tytułem wdzięczności za wychowanie i wykształcenie, które odebrał u Księży Salezjanów w Turynie... Ten piękny gest księdza Woźniaka, to dzisiejszy Woźniaków, niedaleko Kutna na drodze do Krośniewic. Taki testament polskiego kapłana, męczennika, powinien być wzniosłym przykładem dla nas... Dzieło jego bowiem przetrwało cały kataklizm wojenny i rozwija się na chwałę Bożą i dla dobra ludzi". WŁOCŁAWEK Kolejną diecezją, z której - w tym miejscu - omówimy dziesięciu męczenników za wiarę z czasów II wojny światowej, jest diecezja włocławska. Biogramy pozostałych błogosławionych męczenników związanych z tym środowiskiem kościelnym (m.in. franciszkanów i ks. orionisty) zostaną przedstawione w kolejnych częściach pracy. Została ona „utworzona ok. 1013 r. z siedzibą w Kruszwicy dla chrystianizacji Pomorza; od 1123 r. przeniesiona do Włocławka; w aktualnych granicach od 1992 r. obejmuje Kujawy południowo-wschodnie, Ziemię Konińską i Ziemię Sieradzką. Z diecezją związani są św. Maksymilian Kolbe (1894 -1941), św. Faustyna Kowalska (1905-1938), bł. Bogumił (zm. ok. 1182), bł. Michał Kozal (1893-1943) oraz błogosławieni z grona 108 męczenników z czasów II wojny: (...) [ośmiu] kapłanów i dwóch alumnów z duchowieństwa włocławskiego, pięciu franciszkanów, bł. Krystyn Gondek (1909-1942), bł. Anastazy Pankiewicz (1882-1942), bł. Narcyz Turchan (1879-1942), bł. Marcin Oprządek (1884-1942), bł. Bruno Zembol (1905-1942) i bł. Franciszek Drzewiecki (1908-1942), orionista". Diecezja włocławska należała do tych, które w czasie okupacji zostały szczególnie boleśnie doświadczone represjami, zwłaszcza skierowanymi przeciw duchowieństwu. Zginęło wówczas, według opracowań, 225 kapłanów i 7 kleryków, czyli ponad połowa ówczesnego duchowieństwa diecezjalnego. Bł. Alumn Tadeusz Dulny, Fot. ze str.: https://www.krzczonowice.pl/index.php?id=ii_wo963_tadeu793, 14. 05. 2026 r. 49. Bł. Alumn Tadeusz Dulny (1914-1941) urodził się 8 sierpnia 1914 r. w Krzczonowicach - małej wsi położonej w gminie Ćmielów, ok. 10 km od Ostrowca Świętokrzyskiego. Następnego dnia po urodzeniu został ochrzczony w parafialnym kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Ćmielowie. Był synem Jana i Antoniny z domu Gruszka; miał dwie siostry i pięcioro braci. Rodziców zapamiętano jako ludzi „wielkiej dobroci, (...) modlitwy i ciężkiej pracy. Kosztem dużych wyrzeczeń całej rodziny, utrzymującej się z pracy na roli, całe rodzeństwo mogło podjąć naukę w różnych szkołach, z czego czworo na uczelniach wyższych". Po ukończeniu sześcioklasowej szkoły podstawowej w Krzczonowicach rozpoczął naukę w „Państwowego Gimnazjum Męskim im. Joachima Chreptowicza (dziś Liceum Ogólnokształcące nr II im. Joachima Chreptowicza) w Ostrowcu Świętokrzyskim". Tam zdał maturę w 1935 r. Tadeusz Dulny już od lat dziecięcych posiadał cechy, które wyróżniały go spośród rówieśników. Był wyjątkowo skromny, grzeczny i uprzejmy, a przy tym nieco nieśmiały. Wyróżniał się pracowitością - nadrabiał nią swoje niezbyt wielkie zdolności intelektualne. W postępowaniu był żywy i energiczny, a ponad wszystko: głęboko religijny. Po ukończeniu gimnazjum postanowił wstąpić do Wyższego Seminarium Duchownego we Włocławku. Od tej decyzji nie odstąpił nawet po usunięciu z Seminarium Duchownego w Sandomierzu jego starszego brata Juliana, będącego już na trzecim roku studiów. Podczas nauki zyskał wśród wykładowców opinię wzorowego alumna, a wśród kolegów - oddanego przyjaciela. Po wybuchu wojny nie myślał o rezygnacji z formacji i wrócił do włocławskiego Seminarium. Ta decyzja kosztowała go jednak wolność: w nocy z 7 na 8 listopada 1939 r., o godz. 3 nad ranem, został aresztowany przez gestapo razem ze swoimi profesorami i 22 alumnami przebywającymi w Seminarium. „Wśród zatrzymanych był bp Michał Kozal; był rektor seminarium dr Franciszek Salezy Korszyński (1893- 1962), późniejszy biskup pomocniczy włocławski. Opatrzność sprawiła, że aresztowania uniknął Stefan Wyszyński (1901 - 1981), wykładowca nauki społecznej, profesor prawa kanonicznego i socjologii, późniejszy Prymas - Prymas Tysiąclecia, jak go określił św. Jan Paweł II (1920 - 2005)". Tadeusza Dulnego przetrzymywano w areszcie włocławskim do stycznia 1940 r. Wówczas przeniesiono go razem ze wszystkimi aresztowanymi do klasztoru w Lądzie, gdzie miał możliwość opuszczenia miejsca internowania i wyjazdu do Generalnej Guberni. Z możliwości tej jednak nie skorzystał. W sierpniu 1940 r. został wraz z innymi wywieziony z Lądu, najpierw do KL Sachsenhausen, by następnie w grudniu 1940 dostać się do KL Dachau. Tam otrzymał numer obozowy 22662. Przetrzymywany był razem z polskimi duchownymi w specjalnym bloku nr 26. W tych tak trudnych warunkach obozowych, ujawniły się wspaniała pogoda ducha i spory optymizm, które pozwalały mu podnosić na duchu innych współwięźniów. W wielkiej konspiracji wstąpił do obozowej grupy modlitewnej, która - poprzez zakazane przez Niemców modlitwy, medytacje oraz potajemną posługę sakramentów - umacniała duchowo tych, którzy tracili nadzieję, chroniąc ich przed rozpaczą, moralnym upadkiem i nienawiścią do oprawców. Warto tu przytoczyć wspomnienia obozowych współwięźniów, którzy tak zapamiętali alumna IV roku włocławskiego seminarium: „Nosiliśmy kotły z pożywieniem dla całego obozu. Wielu z nas z największym wysiłkiem zanosiło swój kocioł na wyznaczony blok. On, młody, przeto silniejszy, prędko z kolegą odnosił swój kocioł, po czym biegł, by pomóc słabszym, a gdy kapo nie wiedział, zastępował ich nawet całkowicie. Prawdziwą udręką dla starszych więźniów było słanie łóżka według przepisów obozowych, wydanych właśnie po to, by tę udrękę stwarzać. On, dzięki swej zręczności, prędko i dobrze budował swoje łóżko, a następnie w ukryciu przed okiem izbowego budował łóżka innym"...". Tak wspominał Tadeusza Dulnego ks. Franciszek Salezy Korszyński - rektor jego seminarium i późniejszy biskup. Natomiast ks. Stefan Biskupski (1895- 1973) tak go zapamiętał: „Tadzio Dulny: słuchacz teologii. Słońce patrzyło mu z oczu. Nie było tak ciężkiego położenia, gdzie on nie widziałby drobnej jakiejś radości, za którą Bogu trzeba dziękować. Lecz najbardziej charakterystycznym rysem jego pięknej duszy była bohaterska uczynność na rzecz bliźnich. »Zorganizowanych« na plantacjach porzeczek nigdy sam nie tknął, lecz dzielił się z innymi. Potrzeba było przyszyć guzik, naprawić spodnie lub buty, ostrzyc włosy, opatrzyć rany - Tadzio spieszył ofiarować swą pomoc. Gdy chwiał się już z głodowego wyczerpania, jeszcze wtedy w sposób niezwykle subtelny połowę swojej obiadowej zupy oddawał koledze, którego życie uważał za cenniejsze od swego... Umarł z głodu 7 VIII 1942 r.". W 1942 r. administracja obozowa odesłała w paczce rzeczy osobiste alumna Tadeusza Dulnego do jego rodziny w Krzczonowicach wraz z informacją o jego śmierci w obozie. Powrót |